O1. MOŻNA MU UFAĆ.
- Nienawidzę cię! Nienawidzę! O wiele bardziej pomogły mi obce osoby, niż własna matka! Skoro mnie nie chciałaś od początku, to dlaczego jeszcze żyję? - osiemnastolatka po raz pierwszy podniosła głos na matkę. Miała dość jej wiecznych kłótni, przerastały ją sytuacje, kiedy stawała się kozłem ofiarnym. Jej marzeniem było żyć, jak inni rówieśnicy.
- Bo wydawało mi się,
że jest jeszcze szansa dla takiej kurwy! Myliłam się, wybacz mój błąd, podła
szmato - z każdym słowem rodzicielki, dziewczyna płakała bardziej. Mimo
wszystkich sprzeciwności, kochała ją i chciała, aby wszystko się ułożyło. Po
ostatnich słowach, rzuciła się na kolana i zakryła twarz dłońmi. Czuła, jak
krokodyle łzy moczą jej koszulkę i dłonie.
- Jak możesz mi to
robić. Robiłam wszystko, aby żyło nam się dobrze. Spełniałam każde twoje
polecenie - powiedziała przytłumionym głosem. - A ty tak mi się odwdzięczasz?
Masz czelność nazywać się matką? Jesteś nikim. Zerem. Idź się smaż w piekle -
dziewczyna dziwiła się samej sobie, że potrafiła utrzymać stoicki spokój
w takiej sytuacji. Była z siebie dumna, że nie upodobniła się do tej
kobiety i potrafi zachowywać się na poziomie.
- Nie chcę cię znać!
Jesteś nic nie wartą suką! Idź się kurwij, z którymś z twoich kolegów, co tu
jeszcze robisz? Leć! - kobieta popchnęła ją lekko, jednak to wystarczyło, aby
córka leżała na ziemi. Zacisnęła mocno oczy, aby nie wydobywać z siebie więcej
łez. Nagle poczuła niespodziewany przypływ energii. Uświadomiła sobie, że nie
może dać sobą pomiatać. Tyle w życiu osiągnęła. Zdała maturę, wybierała się na
studia, a nawet znalazła pracę. Była samodzielna i nikt nie mógł jej
czegokolwiek zarzucić. Nikt nie był wart jej przezywać. Nie, nie była zbyt
pewna siebie. Matka przestała jej pomagać, odkąd skończyła osiemnaście lat.
Wiedziała, że doskonale sobie poradzi bez niej.
Po chwili ciszy i
namysłu, bez słowa podniosła się z ziemi i udała do swojego pokoju. Zamknęła
drzwi na klucz i mimo protestów matki, zaczęła pakować najważniejsze rzeczy to
torby. Zdziwiło ją zachowanie kobiety. Najpierw obrzuca nią oszczerstwami, by
potem dobijać się do drzwi i krzyczeć, by wyszła. Najszybciej jak tylko mogła,
zapakowała kosmetyki i kilka ubrań.
- Wyjdź stamtąd! Nie
zasługuję na to, żebyś mnie ignorowała! - krzyczała w niebogłosy. Jednak
dziewczyna się tym nie przejmowała. Miała w głębokim poważaniu jej dumę.
Ignorowała ją. - Wyłaź, albo rozwalę te drzwi! - wiedziała, że tego nie zrobi.
Nadal nic sobie nie robiła z jej słów i kontynuowała pakowanie.
-Tak, tyle powinno mi
wystarczyć na miesiąc. Potem przecież zarobię, będę mogła sobie kupić, co
zechcę -
pomyślała. Zacisnęła mocno pięści, trzymając torbę, wiedząc, że jeśli kobieta
zacznie ingerować, ta poradzi sobie. - Żegnajcie - powiedziała w myślach
do swoich pluszaków. Może to było głupie, ale były z nią od dzieciństwa i
ciężko było się z nimi rozstawać. Właściwie, to tylko one były z nią w każdym
momencie jej życia. W pewnym momencie spakowała do torby małego, kremowego
misia, do którego często się wypłakiwała. Był średniej wielkości. Pod łebkiem,
miał zawiązany czerwony szaliczek. W takim samym odcieniu utrzymywały się jego
łatki. Nadia lubiła go najbardziej, ponieważ był niezwykle miękki w dotyku. To
dlatego wzięła go ze sobą.
Nastolatka po raz
ostatni spojrzała na wystrój pokoju. Na małe machoniowe łóżko z błękitną
pościelą. Na śliczną toaletkę, wykonaną własnoręcznie przez jej ojca. To była
jedna z ostatnich pamiątek po nim. Wyprowadził się z domu pięć lat temu, biorąc
ze sobą niemal wszystko i urywając kontakt z rodziną. W oczach nastolatki
ponownie zakręciła się łza, jednak nie wypuściła jej na zewnątrz. Spojrzała na
swoje odbicie. Długie, rude włosy okalały jej drobną, bladą twarzyczkę i
tworzyły świetną kompozycję z błękitnymi tęczówkami. Miała jasną karnację.
Wręcz białą. To podobało się w niej najbardziej. Nie raz, ani nie dwa, słuchała
opinii o swojej urodzie. Była z siebie dumna, tym bardziej, że nie używała tony
kosmetyków. Rudowłosa ocuciła się z amoku i podeszła do śnieżnobiałej firanki,
ozdobionej haftowanymi różami. Dotknęła opuszkami palców delikatnego materiału,
po czym przesunęła dłonie na granatowe zasłony. Cały pokój, każdy jego szczegół
idealnie do siebie pasował. Może to dlatego, że nie było w nim przepychu.
Postawiła na białe ściany i lekkie dodatki w postaci odcieni niebieskiego i
mahoniu.
Zamyślenie dobrze na
nią zadziałało. Uspokoiła się. Bezproblemowo wyszła z pomieszczenia, omijając
matkę, nieco zdziwioną jej hardą miną. Najszybciej jak tylko potrafiła ubrała
botki. Nie była pewna, czy leciutka kurteczka i bluzka na ramiączkach było
dobrym połączeniem. Na dworze panował wieczór, w dodatku był późny wrzesień.
Ale obawy zostawiła za sobą. Gdy poczuła dłoń na ramieniu, szybko ją odrzuciła
i wyszła z domu trzaskając drzwiami. Na zewnątrz dała upust emocjom. Rozpłakała
się na dobre. Zaczęła biegnąć, z każdą sekundą szybciej i szybciej, jednak po
chwili zatrzymała się, nie chcąc zaliczyć spotkania z betonem. Uświadamiając
sobie, że jest wystarczająco daleko od domu, zwolniła kroku.
Wiedziała gdzie iść.
Do jedynego miejsca, w którym czuła się swojo. Do kogoś, kto ją rozumiał. Kto
zawsze pocieszył i był z nią w najtrudniejszych chwilach. Przeszła kilka
przecznic i już była na miejscu. Zapukała delikatnie do drzwi. Gdy po minucie
nikt nie otwierał, zaczęła się niecierpliwić. Otarła łzy, które ponownie
zaczęły spływać jej po policzku. Zapukała jeszcze raz i jeszcze delikatniej. Po
kilku chwilach opierania się o ścianę, usłyszała ciche pomrukiwanie.
- Idę, idę... Kurwa
no, kogo niesie... - mimowolnie uśmiechnęła się. Chłopak przekręcił zamek i
oniemiał, gdy zauważył ją... - N- Nadia...? C- co tu robisz... O tej godzinie?
Płakałaś?
- No cześć Damian...
- zwiesiła głowę. Po raz pierwszy widziała go w takiej sytuacji. Był w samych
bokserkach, co lekko zbiło ją z tropu.
- Hm? - mruknął
zniecierpliwiony chłopak.
- Uciekłam z domu...
Mogę przenocować? - powiedziała prosto z mostu, zerkając na przyjaciela.
- Um... Ale jak to?
Ja... Ja nie jestem sam... Raczej nie... Sorry...
- Ale... - chłopak
nie dał jej dokończyć.
- Słuchaj, nie rób
scen, wracaj do domu, jest późno, nie chcę żeby ci się coś stało.
- Mam wrócić do tej
jędzy? - dziewczyna czuła, że jej oczy znów stają się wilgotne.
- No, a gdzie masz
iść? Dobrze jest... Weź się w garść... - powiedział oschło, opierając się o
framugę. Rudowłosa nie wytrzymała. Znowu zalała się łzami. Miała ochotę na
niego nawrzeszczeć.
- I z ciebie jest
przyjaciel? Jesteś podłym chamem! Mogłeś mnie wysłuchać przynajmniej, ale
nie... I ja... I ja traktowałam cię jak brata? Jesteś parszywym oszustem! -
wyładowała z siebie całą frustrację.
- Tłumacz to sobie
jak chcesz. Ja też mam życie. Nara! - powiedział, trzaskając drzwiami. Jego
zachowanie totalnie dobiło nastolatkę.
Czy tego chciała, czy
nie, zsunęła się po ścianie na ziemię i zaczęła spuszczać po policzkach słone
krople. Nie mogła wytrzymać. Czuła się nikim. Nikt jej nie chciał. Byłaby
szczęśliwa, gdyby nagle na klatce schodowej pojawił się jakiś psychopata i
zakończył jej żywot.
- Chujowy oszust! Jak
mogłeś udawać mojego przyjaciela! - wstała i zaczęła bić mocno pięściami po
drzwiach. Krzyczała bardzo głośno. Tłukła się jeszcze mocniej. Nieubłaganie
płakała. Nie obchodzili jej sąsiedzi, których z pewnością obudziła. Chciała się
wyżyć. Nie miała nic lepszego do robienia. Po kilku chwilach mocnego dobijania
się do drzwi, zauważyła, że jej piąstki są już obtarte. Biła i płakała, teraz
też z bólu. - Oszust! - krzyknęła i zsunęła się po drzwiach. Części dłoni
zaczęły ją lekko piec. Zauważyła mocne obtarcia. To tylko doprowadziło ją do
jeszcze większego szlochu.
Po kilku minutach
wrogiej ciszy, ktoś otworzył drzwi, przez co Nadia spadła plecami na podłogę. Z
góry patrzył na nią nie kto inny, jak Damian. Po kontakcie wzrokowym z
chłopakiem, Nadię przekroczyła znajoma dziewczyna, która na jej widok jedynie
prychnęła.
- M- Monika...? T-
ty, z nim...? Jak możesz?! Suka! - krzyknęła, przechodząc do pozycji siedzącej.
- Cya! - powiedziała
czarnowłosa i zeszła po schodach. Nadia podniosła się z ziemi, patrząc hardym
wzrokiem na przyjaciela.
- Ech... Chodź do
mnie - brunet odezwał się, rozkładając ramiona, w celu przytulenia dziewczyny.
- Jaja sobie robisz?
Przed chwilą ruchałeś tą ladacznicę, a teraz byś mnie przytulał? Wypierdalaj!
Jesteś do niczego! - wytarła policzki i wykrztusiła z siebie wszystko.
- Nadi...
- Nie nazywaj mnie
tak! Jesteś nikim! Nikim, rozumiesz? - powiedziała, po czym odwróciła się i
zbiegła po schodach. Gdy stanęła na dworze, oniemiała. Nie miała pojęcia, co
zrobić i gdzie się udać. Jedyną możliwością, było iść przed siebie. Tak też
zrobiła.
-Nie wiem co robić.
Daj mi jakiś znak. Coś, co mnie poprowadzi. Pomóż - pomyślała, patrząc
się w ciemne niebo. Jednak pomoc nie nadeszła. Przeszła spory kawałek,
kiedy zauważyła mały plac zabaw. Bezmyślnie podeszła to jednej z huśtawek i
usiadła, kołysząc się lekko. Oparła głowę o łańcuch, podtrzymujący zabawkę i
zanurzyła się w świecie tylko jej znanych myśli.
-Nikt mi nie pomaga.
Po co ja jeszcze żyję na tym świecie. Mogłoby mnie coś rozjechać, byłoby
najprościej. Jaki jest mój cel na tym świecie? Żaden. Zawsze tak było. I będzie - nie były to
pozytywne myśli, jednak w tej chwili nie mogła myśleć o niczym innym jak o
śmierci. Rozsiadła się wygodnie na huśtawce, a pod wpływem delikatnych kołysań,
powoli przytłaczała ją woń ze świata Morfeusza.
Natychmiast się
ocuciła, kiedy usłyszała kroki. Nie wiedziała kto idzie. I nie miała zamiaru
się przekonywać. Jednak nie chciała zostać uważana za nieznajomą osobę za
bezdomną, zasypiającą na huśtawce. Dziewczyna zauważyła, że nieznajoma sylwetka
zbliża się w jej kierunku. Krok bliżej i tajemnicza postać została
zidentyfikowana. Był to mężczyzna, w wieku co najmniej dwudziestu pięciu lat.
Przystojny mężczyzna, jak zdołała zauważyć Nadia. Ubrany był w białą, nieco
pomiętą koszulę, czarny krawiat, tego samego koloru spodnie i lakierki. Zbadała
go od góry do dołu. Wyraźne rysy twarzy okalały czarne włosy, związane w
staranny kucyk. Gdy się zbliżył, nastolatka zauważyła, że jego tęczówki mają
idealnie zielony kolor. Taki mocny. Odznaczający się. Wyglądał pięknie.
Idealnie. Nie miała pojęcia kim jest. Jednak w momencie, gdy mężczyzna usiadł
na drugiej huśtawce, poczuła nieodpartą chęć wyżalenia się.
- Hej - powiedział
pierwszy.
- H- hej... -
rudowłosa zwiesiła głowę, czując zakłopotanie.
- Dlaczego płakałaś?
- nieznajomy natychmiast przeszedł do sedna sprawy.
- J- ja?... Ale...
Skąd... Pan wie? Jest ciemno... - dziewczyna zająkała się. Gdyby nie panowała
późna noc, nie zdziwiłaby się, że zauważył. Ale ta sytuacja była definitywnie
skomplikowana.
- Albo jestem
supermenem i jeszcze o tym nie wiem, albo pomogła mi latarnia... - zażartował.
Nadia mimowolnie uśmiechnęła się. Po raz pierwszy w ten dzień.
- O. No tak.
Przepraszam, dzisiaj nie myślę...
- Nie masz za co
przepraszać. No więc? Co się stało? - dziewczyna natychmiast zdała sobie
sprawę, że on lubi mówić prosto z mostu. I wtykać nos w nie swoje sprawy.
- Nie mam w zwyczaju
wyżalać się obcym... - nie była to dobra wymówka, jednak musiała wymyślić coś
na poczekaniu.
- Nataniel, miło mi.
- Nadia...
- Już nie jestem
obcy. Więc? - dziewczynę zamurowało. Nie chcąc być niemiła, skróciła nieco
historię.
- Pokłóciłam się z
mamą, uciekłam z domu, potem pożarłam się z przyjacielem i teraz muszę spać na
huśtawce... - skoro u niego nie mogła liczyć na trzymanie języka za zębami, nie
chciała być gorsza. Brunet spuścił głowę, zamyślając się, by po chwili znów ją
podnieść.
- Przenocować cię? -
teraz poczuła się zbita z tropu. Ten facet chciał jej zaproponować nocleg, czy
tylko jej się zdawało? Ona go nie znała. I wolała nie ryzykować.
- Co? Nie, wybacz,
ale nie ma takiego wyjścia. Nie wpraszam się do nieznajomych - wymigała się.
Przynajmniej tak myślała...
- Problem w tym, że
się nie wpraszasz. To ja cię zapraszam. I wybacz, że to mówię... Ale już nie
masz wyjścia. Mam zbyt dobre serce, by zostawiać cię na osiedlu, zupełnie samą.
Przecież gdybym chciał, już dawno bym ci coś zrobił... Możesz mi ufać -
powiedział, patrząc nastolatce prosto w oczy przy ostatnich słowach. Nie
wiedziała dlaczego, ale poczuła dziwne ciepło w sercu. W jednej chwili
wiedziała, że nie kłamie.
- Ale w osobnym
pokoju...? - wolała się upewnić.
- Możesz sobie nawet
wybrać - zażartował. Po raz kolejny się rozpromieniła. Nataniel wstał z
huśtawki, Nadia zrobiła to samo.
Minęło pół godziny, a
dwójka znajdowała się w posiadłości mężczyzny. Dziewczynę zdziwiło kilka
faktów. Pierwszy, to wygląd domu. Wyglądał, niczym pałac, o ile nim nie był.
Nigdy nic nie wiadomo, ile ten facet zarabiał. Jednak nie obchodziło jej to.
Ważne, że miała dach nad głową przez jedną noc. Później mogła poszukać taty.
Nie wiedziała jak, ale musiała coś zrobić. Drugi, to służba. Jaki normalny
człowiek, oprócz rodzin królewskich, ma służbę? W dodatku ubraną w idealnie
wyprasowane i galowe stroje? Jednak i to miała w nosie. Przynajmniej raz mogła
poczuć się jak księżniczka. Dla żartów, ale mogła. Trzeci, to co on robił w
takiej dzielnicy? Przecież miał taki dom, takie pieniądze, takie auto, TAKIE
wszystko. Wyglądało to tak, jakby specjalnie tam przyszedł, z jej powodu.
Jednak autentyczność tego faktu wynosiła mniej niż zero. I również miała to
gdzieś.
Nataniel, bez
zbędnych zagrywek, zaprowadził dziewczynę do pokoju. Do pokoju? To była
komnata. Komnata, idealna dla księżniczki. Wnętrze było utrzymane w kolorach bladej
czerwieni. Pierwsze, co przyciągnęło jej uwagę, to wielkie łóżko. Nie obyło się
bez baldachimu. Wszystko w mocnym odcieniu ciemnej czerwieni. Do pokoju
wprowadzały dwupartyjne drzwi, w kolorze ciemnego drewna. Ciemnego, niczym
czarnego. Jednak dało się w nich zauważyć nutkę brązu. Naprzeciw łóżka stała
duża kosmetyczka, z równie dużym lustrem. Oczywiście, bordowa. Po lewej stronie
zauważyła dwie, drewniane, dość obszerne szafy. Nie miała najmniejszego zamiaru
tam zaglądać. Po prawej stronie było wejście na balkon i okno. Ciemne zasłony,
były dodatkiem do śnieżnobiałych firanek, praktycznie całych w cieniutkie
niteczki, przedstawiające nieznany wzór. Ściany były w kolorze bladej
czerwieni.
- Podoba się? -
zapytał nieśmiało brunet.
- Pytasz jeszcze? -
odpowiedziała pytaniem na pytanie i natychmiast rzuciła się na łóżko, powodując
drgnięcie poduszek, znajdujących się obok. - Tego potrzebowałam... Dziękuję -
dodała, uśmiechając się szeroko do mężczyzny.
- Nie masz za co.
Czuj się jak u siebie - odwzajemnił uśmiech, ukazując rządek białych zębów. -
Tam jest łazienka, korzystaj śmiało - skierował rękę na kolejne drzwi,
znajdujące się w pokoju. - Ja idę. Dobranoc - dodał, rzucając na pożegnanie
czuły uśmiech.
Ja chce drugi rozdzial! Mialam lzy w oczach .. Serio ? Monika .. przespaaaalam sie z Damianem
OdpowiedzUsuńGenialne bardzo mnie wciągnęło. Czekam na drugi rozdział. xd
OdpowiedzUsuńBosz, to wciąga :OO ja chce 2 rozdział no :c
OdpowiedzUsuńPrzyznam, że bardzo wciągające było. To świetne opowiadanie - świetny rozdział. Odniosłem wrażenie, że Nadia z wyglądu jest Tobą, prawda? I coś jeszcze czuję, że była cząstka Ciebie w fabule, choć to tylko przeczucia. Swoją drogą, przedstawiłaś bardzo dojrzały świat. Ma się takie wrażenie po nienagannej polszczyźnie bohaterów, poważnej kłótni z matką i tym, jak Monika przespała się z Damianem. Nie ma lekko ta dziewczyna. Ciekawi mnie ten Nataniel... Zresztą, ktoś musiał wybawić Nadię, co nie? Już widzę, że coś między nimi musi być.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
PS: Ustaw na blogu odpowiednią strefę czasową, bo zła godzina jest przy komentarzach. ;)
Usuń42 yr old Executive Secretary Annadiane D'Adamo, hailing from Guelph enjoys watching movies like "Out of Towners, The" and Dowsing. Took a trip to Madara Rider and drives a Econoline E150. wiecej porad
OdpowiedzUsuń